Tytuł: Pierwsze śliwki robaczywki
Czas: poniedziałek, 29 października 2007; 21:44:17
Od Was: komentarze [3]

Czyli co powiedział Bóg po stworzeniu mężczyzny.

Powyższy dowcip nie jest w rzeczywistości, a raczej nie musi być, przytykiem w stosunku do niedoskonałości męskiej części ludzkiego gatunku. W rzeczywistości można go traktować jako odniesienie do tego, co nastąpiło potem. A potem Bóg stworzył kobietę. Która okazała się rzeczywiście najdoskonalszym ze wszystkich stworzeń.

Kiedy dobrze przeczytamy Pismo zauważymy, że Bóg stwarzał świat w kolejności od rzeczy istotowo najmniej doskonałych do tych najdoskonalszych. I tak najpierw były rośliny, ryby i ptaki, potem zwierzęta lądowe, w końcu mężczyzna. Wszystko to ulepił Bóg, tak jest - ulepił z prochu ziemi. Potem umieścił w Ogrodzie Eden. A potem powiedział: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam. Uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). I przyprowadził do niego zwierzęta, ale żadne z nich nie było dla człowieka odpowiednim towarzyszem.

I wtedy Bóg dokonał największego, jak na owe czasy, cudu. Już nie lepił. Teraz stał się lekarzem. Uśpił mężczyznę, wyciął mu żebro i na tym żebrze ZBUDOWAŁ kobietę. Hebrajski czasownik bana użyty w tym miejscu pojawia się w Piśmie Świętym w dwóch sytuacjach: gdy mowa o stworzeniu kobiety, oraz gdy mowa o budowaniu Świątyni Jerozolimskiej. Kobieta staje się więc pierwowzorem najważniejszego w dziejach Izraela budynku, a może nie tyle budynku, co przybytku. I nie tyle pierwowzorem, co lustrzanym odbiciem. Bóg buduje (bana) kobietę, w jej stworzenie wkłada najwięcej wysiłku. W końcu przyprowadza ją do Adama, a ten mówi: "Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!" (Rdz 2, 23). I tak mężczyzna spotyka kogoś, czyje towarzystwo jest godne jego osoby. Kogoś, kogo Bóg zadał mężczyźnie jako pomoc, ale również jako przyjaciela. Jako osobę, która od tej pory będzie dla niego najważniejsza. I, jako szczyt boskiego stworzenia, jako najwierniejsze odzwierciedlenie wszechmocy bożej, najbardziej godna szacunku. Najbardziej godna czci.

Opis stworzenia jest nie tyle feministyczny, co niezwykle prawdziwy. Zwłaszcza jak na czasy, w których powstawał - gdy niewiasty miały niezwykle małe znaczenie w społeczeństwie. A jednak wiadomo było, kto jest stworzeniem Bogu najbliższym.

Wychodzę z założenia. Założenie jest takie: Wiemy o człowieku, że będzie niezwykle piękny, już kiedy lekarz wyjmuje go z łona matki i mówi: "To dziewczynka!" Bo tak naprawdę każdą kobietę Bóg stwarza od nowa. Od podstaw. Buduje ją jako najdoskonalszą istotę. I dlatego, Panowie, nie zapominajmy, kto tu jest najcudowniejszy, najidealnieszy i najdoskonalszy. I najpięknieszy, zawsze. Bo jeśli wyda nam się, że to właśnie my, to, niestety, pomylimy kolejność stworzenia.

Kochajmy swoje Panie. I podziwiajmy, nie tylko ich ciało, nie tylko ich wnętrze, ale obie te rzeczy naraz. Nie, nie tak. Całość, nierozerwalną. Kobieta była i będzie najcudowniejszym Boskim stworzeniem. I nie miejmy odwagi kiedykolwiek o tym zapomnieć.

Artdico Gnorofex
www.gnorofex.mylog.pl


Tytuł: świadectwo III
Czas: poniedziałek, 17 września 2007; 00:23:17
Od Was: komentarze [4]

Na koniec zostałam więc ja. W sumie świadectwa wszelkiego rodzaju to dla mnie żadna nowość, ale tego jakoś trochę się boję. Bo to jednak jakby całe życie. Bóg w moim życiu.

Tak, myślę, że kiedy byłam taka całkiem mała wierzyłam w Boga. To było dosyć oczywiste – babcia nauczyła mnie modlitwy, śpiewałyśmy razem kolędy, a tata co niedziela zabierał mnie i mojego brata do kościoła. Kłopoty zaczęły się kiedy przyszedł czas na samodzielne myślenie, czyli gdzieś w nieco późniejszej podstawówce. Bo Bóg nie był zbyt modny. Był taki trochę, wiecie, frajerski. I bardzo mało cool. Inteligentny i szpanerski wydawał się raczej ateizm. Więc przestałam chodzić z tatą do kościoła – bo nikt mnie nigdy nie zmuszał. Zostałam racjonalistką i pseudointelektualistką, taką przemądrzałą małolatką. Boga nikt nigdy przecież nie widział, i w ogóle te wszystkie opowieści o stworzeniu świata zupełnie nie dają się udowodnić. Pasjonowałam się nauką, zwłaszcza astronomią, fizyką – tym, w czym Bóg wydaje się zupełnie nie mieć udziału. Chociaż tak naprawdę tam widać Go w wyjątkowy sposób. Nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że gdy pytano mnie czy wierzę w Boga, to chyba czasem odpowiadałam, że nie. Chociaż prawda jest taka, że bardzo bałam się w Niego nie wierzyć. I w trudnych chwilach wciąż potrafiłam się modlić.
Później zrobiło się chyba jeszcze trochę gorzej, bo nadszedł ten cały okres buntu, 'ta dzisiejsza młodzież' i takie tam. Nigdy nie byłam typową 'tą dzisiejszą młodzieżą'. Tak, w pewnym sensie pewnie nie zdążyłam, a w pewnym sensie zawsze byłam na to za grzeczna.
Nie zdążyłam, bo kiedy miałam 15 lat zdarzyło mi się w życiu coś, co sprawiło, że znów zaczęłam potrzebować Boga. 'Jak trwoga to do Boga' – a wtedy bardzo się bałam. I bardzo potrzebowałam kogoś, kto mógłby mnie obronić przed całym światem. Ludzie tego nie potrafili. Bóg okazał się być w tym całkiem niezły. Poza Bogiem zaczęłam uciekać też w inne rzeczy – alkohol, papierosy, imprezy – jakimś cudem nigdy nie wkręciłam się w to za bardzo, bo w głębi duszy najwyraźniej byłam jednak grzeczną córeczką rodziców.
I wtedy też zdarzył się gigantyczny zbieg okoliczności, których to zbiegów okoliczności oczywiście nie ma, więc może inaczej – wtedy Ktoś tak zbiegł okoliczności, że dowiedziałam się o istnieniu Oazy. I dobra, przyznaję, w minimalnym stopniu chodziło mi w tym wszystkim o Boga. Najbardziej chodziło mi facetów - zwłaszcza o Jarka ;P I tak, w pierwszych latach miałam te dwie rzeczywistości – bo z jednej strony Bóg i Oaza, a z drugiej typowa wierząca – niepraktykująca, bo do kościoła to mi się taaaaak nie chce, na piwo z przyjaciółmi to bardziej, a jak mam doła to najlepszym środkiem na uspokojenie są papierosy. W Oazie tak naprawdę trzymali mnie tylko przyjaciele i ciężkie i nieuleczalne zakochanie. Ale jednak chcąc niechcąc chłonęłam to, czego mnie tam uczyli... bardzo bardzo małymi kroczkami szłam jednak w dobrą stronę. Na tej drodze była masa potknięć – w sferze seksualności zwłaszcza, co się chyba jakoś musiało wiązać z moją samooceną wiecznie bliską zera absolutnego. I idąc nieraz rezygnowałam na jakiś czas – kilka dni, tygodni, czasem nawet miesięcy, kiedy przestawałam się modlić, kiedy zdejmowałam krzyż ze ściany, kiedy postanawiałam, że będę wredną wyrachowaną manipulatorką, bez żadnych ciepłych uczuć i wyższych idei, bo po co mi to, skoro świat i tak jest zły, a ludzie okropni, miłość to jedna wielka bzdura i to wszystko nie ma sensu. Ale jednak zawsze zostawało mi to jedno – że bałam się przestać wierzyć w Boga. I nigdy nie ośmieliłam się zaprzeczyć Jego istnieniu.
Prawdziwe nawrócenie, jak to określiła Michalina – narodziny – to chyba dopiero ten moment, trochę ponad rok temu [no, ja to dopiero jestem młodziutka :P]. Sama z własnej woli zaczęłam szukać. Najpierw dlatego, że chciałam być blisko tego mojego obiektu ciężkiego zakochania, chciałam go zrozumieć, a on – wszystko w Bogu. Więc czytałam – masę artykułów na różniastych forach katolickich, książki o takiej tematyce, no, słowem wszystko, co mi wpadło w ręce. I nagle okazało się, że wszystko zaczyna się układać. Jak jakieś wielkie puzzle, wszystko wskakuje na swoje miejsce. Okazało się, że kiedy Boga postawi się na pierwszym miejscu, to nagle wszystko inne ląduje na swoim miejscu.
I wtedy, kiedy wydawałoby się, że już wszystko się ułożyło, nastąpiła jeszcze jedna próba. Bardzo ciężka dla mnie zima. Zima, kiedy nie spowiadałam się przez kilka miesięcy. Zima kiedy na całe dnie zamykałam się w książkach albo internecie. Kiedy potrafiłam przez cały dzień zjeść pół kromki chleba i pół jogurtu. I tak naprawdę najbardziej chciałam usnąć i już się nie obudzić.
I nadal nie wiem jak to się stało, że jednak zima się skończyła. W którymś momencie przyszła wiosna, a ja znowu zapragnęłam Boga i miłości w moim życiu. No dobra, może nie tak do końca sama z siebie:) było kilka osób, które mi w tym bardzo pomogły, chociaż niektóre nawet nie wiedziały, że pomagają.
Więc było jakby drugie nawrócenie, albo może raczej jakiś kolejny wielki krok w Jego stronę. Jeszcze odrobinę bliżej. Kiedy stwierdziłam, że nie, nie można wierzyć trochę. I nie można być wierzącym niepraktykującym. I kiedy ułożyłam sobie prawie cały świat od nowa. I tak, jakoś mniej więcej wtedy postanowiłam zostać Bożą Wariatką. Postawić Boga ponad wszystkim, ponad każdym facetem, którego mogłam kochać, ponad 'korzystaniem z życia', ponad sobą samą. I znów to samo – kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na swoim miejscu. A ja wiem, bo w końcu zdążyłam już to trochę wypróbować, że nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze, jak przy Bogu. A im bliżej tym lepiej. I żadna inna droga nie prowadzi w żadne lepsze miejsce. Tak, trzeba się bardzo pilnować, żeby z tej drogi nie schodzić, i czasem wydaje się, że łatwiej i przyjemniej byłoby jakoś inaczej. Ale na tym właśnie polega cała filozofia – zaufać do oporu i do samego końca i bardzo bardzo mocno chcieć. Wtedy jest.. no, może nie łatwo:) ale najprzyjemniej na świecie:)

Po oazowemu na koniec świadectwa powiem:
i za to wszystko chwała Panu:)


Lolinka
virginsuicide.wordpress.com



Tytuł: Świadectwo II
Czas: sobota, 15 września 2007; 00:26:25
Od Was: komentarze [4]

Kiedy zaczynam się zastanawiać nad tym jak to świadectwo powinno wyglądać, co umieścić w jego treści...a ma to być przecież świadectwo nt doświadczenia przeze mnie Boga w moim życiu... na myśl przychodzą mi dwie sprawy.
Po pierwsze... nie wiem ilu z nas było lub będzie u psychologa. Nie wiem ilu otrzymało ewentualnie pewne zadanie do wykonania. Bywa tak, że psycholog poleca narysowanie ośki liczbowej. I odhaczenie na niej kilku.... dosłownie wydarzeń – kluczowych, z życia. Rozpoczyna się zawsze od daty urodzenia. Później zaznacza się wszystko z życia co dla nas istotne.... a na końcu ośki mamy przecież nieskończoność....
Po drugie... końkursy piękności. I to słynne „mam na imię: ..., mam ... lat(a)”.

Co ma piernik do wiatraka?
Już wyjaśniam....

Mam na imię Michalina. Tego jestem pewna. Plątać w zeznaniach zaczynam się w momencie, gdy pyta się mnie o mój wiek. Teoretycznie mam 24 lata. Praktycznie.... w październiku tego roku skończę 6lat.

Tak – jeśli chodzi o moją prywatną oś liczbową – są na niej te dwa punkty. 24 lutego 1983 roku – czyli moje przyjście na świat, później rok 2002. moje narodziny do ŻYCIA i koniec ośki, czyli NIESKOŃCZONOŚĆ.

Wszystko to ma ze sobą ścisły związek. Jak widać.

Więc od urodzenia do nawrócenia – 6 lat temu... bywało różnie. Zacznę od faktu, że moi rodzice rozwiedli się zanim się urodziłam. Co więcej – mój biologiczny ojciec twierdził, że nie jestem jego dzieckiem. Wiedziano, że spotkała mnie ogromna krzywda ze strony taty i próbowano mi wynagrodzić to wszystko.
Miałam w swoim życiu Prywatną Apostołkę. Moją prababcię Mysię. Cudowną kobietę. Ona mnie nauczyła modlitwy. Najcenniejsze godz. na jej kolanach, w oknie, za szybą widok drzew, latarni, białej drogi(cokolwiek to może oznaczać), do dziś pamiętam zmarszczki na jej dłoniach i to jak obracała paciorki różańca.
Kościół? Pamiętam, że chodziłam do niego z siostrą. Co niedziela – owszem. Nikt mnie nigdy nie zmuszał. Chodziłam, bo chciałam. Zawsze podczas słuchania fragmentu Ewangelii... działo mi się coś szalenie dziwnego. To ciepło... tylko w tym jednym momencie każdej Eucharystii. Tak jakby KTOŚ cię przytulał – całego.
W wakacje 2002 roku... przed maturą... zrobiłam sobie totalny odpoczynek od kościoła, od Mszy. Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Imprezy konkretniej. To nie było tak, że nie mogłam iść do kościoła. Mogłam, ale miałam głupi zaciach, że będę dreptała tylko na Mszę na 7:30. no a po imprezach, które często kończyły się koło godz. 4.... raczej nie byłam w stanie wstać o tej porze....przez 3 miesiące nie było mnie w kościele. Niczego ani nikogo mi nie brakowało.
Po tychże wakacjach miałam być w klasie maturalnej. Obiecałam sobie, bo nie Panu Bogu, że w intencji maturalnej będę chodziła co tydzień na Msze w niedzielę – a jakbym nie mogła to w sobotę, w środy na nowennę, pierwsze piątki, różaniec i inne nabożeństwa – wszystko co do czasu mojej matury będzie odprawiane w kościele.
I tak mnie zastał wspomniany już październik. Pod koniec tego pięknego miesiąca roku 2002 podczas różańca było tamto „ciepło” i coś więcej. Na pewno usłyszałam z ust kapłana dwukrotne zapewnienie, że Bóg mnie potrzebuje. I na pewno dostałam coś niezwykłego. Coś czego nie da się opisać słowami, coś czego nie da się zapomnieć. Biel, której nie można porównać.... Światełko.

Okazało się, że tego dnia się urodziłam. Okazało się, że przez 19 lat bycia w Kościele – byłam szalenie bierna. Że po tych latach – nie wiedziałam co to jest Kościół, o co chodzi w Eucharystii. Okazało się, że znam Credo itp. Itd., wymawiam to płynnie, ale nie wiem co mówię. Nie rozumiem tego.

Zakochałam się. Najprościej w Bogu. Tak – to można śmiało nazwać zakochaniem. I postanowiłam GO poznać. Poznać Jego otoczenie, wszystko co z Nim związane. Poznać Ukochanego.
Wydawało mi się, że piękniej być nie może. Że jest tak pięknie i dobrze, że mogę umrzeć z miłości. Nigdy nie czułam się tak wolna i tak kochana jak wówczas. Dziś widzę jak bardzo mi to poczucie było potrzebne aby przetrwać ostatni rok mojego życia.

Kiedy już się urodziłam.... z czasem – normalna kolej rzeczy – zaczynałam rozumieć coraz więcej. Kojarzyć, łączyć.... z dziewczęcego zakochania na trudnej drodze doświadczeń zaczynałam kochać.

Dzień dzisiejszy. Dzień, w którym pierwszy raz piszę świadectwo – z pełną świadomością, że to nie jest list czy coś w tym stylu. Tylko właśnie świadectwo – jako takie. Na dzień dzisiejszy wiem, że bez Boga – nie jesteśmy w stanie żyć. Możemy najwyżej wegetować. Dryfować z prądem. Z tłumem rozbitków.
Nie, nie byłam i nie jestem święta. Choć chciałabym świętą zostać. W moim życiu były papierosy, alkohol itp. Itd. Była historia pewnej znajomości, która mi dała podwaliny pod problemy z seksualnością, ale i z podejściem do płci przeciwnej. Była cała masa myśli do zreformowania. Cała masa słów, których nie powinien był nigdy nikt usłyszeć.

W moim życiu Bóg był bardzo długo abstrakcją. Dlatego, że mój biologiczny ojciec był i jest dla mnie abstrakcją. Wiem, że jest. A to mało. Prosty proces – rzutowanie. Z ojca na Ojca. Bardzo długo nie mogłam sobie z tym poradzić. W sumie od jakiś krótkich miesięcy problem się rozwiązał. Nic nie mogłam zrobić. Żeby mój tata przy mnie był. Nie mogłam nic zrobić, żeby go mieć przy sobie. I podnosiłam sobie poprzeczki coraz wyżej w relacji z Panem Bogiem. Tak wysoko, żeby było wiadomo, że nie dam rady ich przeskoczyć. I musiałam cierpieć, z powodu JEGO nieobecności. Nie było GO – jak mi się wydawało, bo za mało robiłam. Wiecznie i wciąż za mało. To mi dawało poczucie beznadziei, jakieś stany depresyjne....

W moim życiu bardzo długo – nawet wtedy, gdy przeżyłam „swój październik” trwał koszmar. Związany z Chrystusem. Prosty schemat – idę do spowiedzi, więc później przyjmuję Komunię. Nienawidziłam tego momentu. Jak się później okazało miało to związek z chorobą, na którą choruję być może od wczesnego dzieciństwa. W związku z anoreksją – nieznośnym było to, że w obecności innych ludzi ktoś mi będzie „COŚ” podawał do ust. Więc nie chodziłam do spowiedzi, bo „dzięki temu” nie musiałam przeżywać „tego piekła”. Spowiadałam się przy okazji Świąt. I nawet, gdy nie traciłam łaski uświęcającej – traciłam ją z „własnego wyboru”, bo nie szłam po Chrystusa, bo z Nim nie wracałam. Dlatego, że to było za trudne. Za bolesne. To trwało ok. 3 lata. W największym natężeniu, oczywiście.

Kiedy zaczęłam poznawać Kościół – zbliżyłam się do pewnego zgromadzenia. Przeżyłam tam cudowne chwile. Bardzo dużo dostałam. Łaski wielkie. Ogromne. „Boga nikt nigdy nie widział”. A mimo to wiem, że Całun Turyński to jest TO.

Mam na imię Michalina. Mam 6lat. Jestem więc jeszcze dzieckiem. Jestem Dzieckiem Boga. I słusznie - jestem troszkę Wariatką . Wariatką Bożą. Która „na dniach” dowiedziała się PRAWDY nt swojego życia. W całości. I otrzymała łaskę jej przyjęcia w ufności i zgodzie na JEGO WOLĘ.
Podobno jestem bardzo radykalną konserwą i właśnie o to w Wariactwie Bożym chodzi. Nie, nie o to by takim być. Bo takim się nie jest. Takim się staje. I o to właśnie chodzi. O dochodzenie do tego.

Bóg Jest i Jest miłością. Ja o tym zaświadczam, bo mnie Sobą i swoją Miłością doświadczył. Trwam we wspólnocie bosko-ludzkiej, więc i świętej i grzesznej. Potykam się i Ktoś mnie podnosi. Pomaga wstać z błota. I chcę w tej wspólnocie i dla tej wspólnoty świadczyć PRAWDĘ. Bo On „jest Drogą, Prawdą i Życiem”...

Michalina
http://swiatelko5ipol.blox.pl/html


Tytuł: Świadectwo pierwsze
Czas: czwartek, 13 września 2007; 23:23:12
Od Was: komentarze [1]

Zacznę, bo tak zostało ustalone, choć poprzednia notka też moja. Świadectwo miałem dać. Ustalenie odgórne. Świadectwo mojej wiary. No to, zgodnie z typowym dla mnie stylem, zaczynam.

W Boga wierzyłem chyba od zawsze. Nigdy nie było jakoś tak, żebym w Niego wątpił. Od dziecka Babcia uczyła paciorka, prababcia też zresztą. Mama ciągała w niedzielę do kościoła. Bóg wydawał się być Czymś/Kimś naturalnym. Do pewnego momentu bardzo mało ważnym, ale z całą pewnością realnym.

Byłem dzieckiem. W zasadzie to już zbuntowanym nastolatkiem, czyli jakby młodzieżą, ale to właśnie wtedy z człowieka wychodzi dzieciak, i to nie ten, o którym Jezus mówił, żebyśmy byli jak dzieci. Owszem, muszę przyznać, okres buntu przeszedłem dość spokojnie. Nie obyło się bez taniego wina i wódki, ale papierosa w ustach nigdy nie miałem. I pieniędzy mamie z portfela nie wykradałem. No dobra, to może nic wielkiego. Zwłaszcza, że w innych sferach nie byłem do końca w porządku. Tak, tak, w sferze czystości również.

Wiedziałem, że jest ze mną źle. Czułem się potwornie, ale nie mogłem sobie poradzić. Ze sobą, ze swoimi nałogami, problemami. Może prawda jest taka, że w rzeczywistości to nie chciałem za bardzo. Ale modliłem się o pomoc. Na każdej Mszy Świętej, przy Komunii, modliłem się o pomoc. A ta pomoc, wymyśliłem sobie, to miała być Jedna, Wielka, Prawdziwa i Nieskończona Miłość. Jeśli pojawi się dziewczyna, taka jedna jedyna, to ja się zmienię, na pewno.

Możecie pomyśleć, co za ściema. Jak nie chcesz się zmienić to się nie zmienisz, choćby nastąpił koniec świata. A jednak poskutkowało. Pojawiła się Gosia, moja pierwsza, a wtedy wydawałoby się, jedyna dziewczyna. Taka prawdziwa, na zawsze. I wtedy dopiero pojawiły mi się wyrzuty sumienia. I wtedy, w jednym momencie, zmieniłem się. Stałem się zupełnie inny niż do tej pory. I, w zasadzie, uwierzyłem we wszechmoc Bożą. Uwierzyłem, że Bóg dokonał dla mnie ogromnego cudu. Tak, to był chyba pierwszy moment, wtedy gdy zobaczyłem Gosię, na Lednicy, kiedy doświadczyłem Bożej Prawdy w swoim życiu. Mówiłem nawet do pewnego momentu, że usłyszałem głos „oto ona”. Dziś już nie jestem tego taki pewien...

Byłem z Gosią i byłem zupełnie innym człowiekiem. Nie do końca superdobrym. Ale z pewnością lepszym. I byłem jej nieskończenie wdzięczny za to, że mi pomogła. A Bogu byłem wdzięczny po stokroć bardziej. I najpierw postanowiłem odwdzięczyć się jej, za to, że mi pomogła. A potem, kiedy wydawało się, że już po kłopocie i robota skończona, to poczułem, że moja wdzięczność się nie tylko nie wyczerpała, ale jeszcze większa się stała. I zaczęły się moje natchnione gadki. Właśnie w tym okresie. Słowa, których sam bym nigdy nie wymyślił, a wydawały się takie piękne i prawdziwe... Zaczęły pojawiać się różne osoby, które chciały ode mnie pomocy. Porady. Nie wiedziałem skąd się biorą. To było dziwne. Ale czułem, że to właśnie Bóg działa w moim życiu. Że mnie prowadzi.

Gosia nie wytrzymała moich ideałów, moich natchnionych gadek i wreszcie się wycofała ze wszystkiego. Było mi przykro. W końcu ona była tą Jedną, Wielką, Prawdziwą i Nieskończoną. Ale nie załamałem się. Bo miałem jeszcze Boga. Po chwili w zasadzie pojawiło się światło które mówiło, że nie tylko nic się nie zamknęło, ale jeszcze otworzyły się drzwi prowadzące do korytarzy mojej wdzięczności niewyczerpanej. Do Seminarium. Miałem pół roku ponad na zastanowienie się, ale decyzję podjąłem prawie na samym początku.

Potem pojawiły się pokusy. Tak, Bóg mnie sprawdzał. Dziś wiem, że Bóg nie sprawdza, żeby się dowiedzieć, co zrobimy, po przecież to wie. Bóg sprawdza, żebyśmy się sami dowiedzieli co zrobimy. My tego nie wiemy. I dzięki Jego sprawdzianom poznajemy samych siebie.

Pokusy były silne. W zasadzie głównie płci przeciwnej. Jak nic nigdy wcześniej, tak nagle całe mnóstwo... Niezrozumiałe. Kiedy już zdałem egzaminy i zostałem klerykiem, pojawiła się najcięższa. Propozycja wakacyjnego romansu. Tak, od naprawdę pięknej dziewczyny. Chciałem odpowiedzieć, że się zgadzam. I tylko pulsowała we mnie świadomość tego, że jestem oddany Bogu. Już na wieki wieków. Spotkałem się z nią. Ze spokojem. Wiedziałem, że do niczego nie dojdzie.

Potem żałowałem :P.

Nie, na serio nie żałowałem nigdy. Pojechałem do Seminarium i tam, przez roczek, doświadczałem Boga w całej okazałości. Cały czas. Na codziennej Mszy Świętej. Na porannych modlitwach. Na posiłkach i na próbach chóru. Tak, wiedziałem, że tu jest Bóg i że na mnie działa. Że nie zwątpię nigdy w to, że to jest mój Dom. Pan przemawiał do mnie. Także w czasie wykładów, podczas których wiedzę chłonąłem z rozkoszą. I dowiadywałem się rzeczy, które w podświadomości już wiedziałem. Okazywało się, że moje natchnione gadki - to wszystko prawda. Że to niezwykle oczywiste. Tak, czułem, że chcę tam zostać. Uwielbiałem długie modlitwy. I mój mały pokoik dzielony z klerykiem z drugiego roku. To był, jak dotąd, najszczęśliwszy rok mojego życia.

A potem nastąpiła próba. Najcięższa. Bo w wakacje, uzbrojony w ogrom wiedzy połączonej z malutką moją wiarą, postanowiłem nieść Boga innym. Młodym, takim jak Wy. Postanowiłem się odwdzięczać za niezliczoną ilość łask otrzymanych w całym tym ogromie radosnych chwil. Od poznania Gosi aż do wakacji po Seminarium. Założyłem bloga.

Blog był próbą. Bo ani się nie woalowałem, ani nie pozostawałem anonimowy. I mnie znaleźli. To znaczy, nie miałem nic przeciwko temu, żeby mnie znajdywali. Tylko raczej miałem dużo przeciwko temu, żeby mnie za to wywalali. Wywalili. Poczułem się jak wyrzucony na głęboką wodę bez koła ratunkowego. Na początku walczyłem o sprawiedliwość i wydawało mi się, że przy Bogu walczę. Potem, powoli, zapomniałem o Bogu. Walczyłem sam, przeciw Niemu być może. Długo. Ogólnie dwa lata. Nie mogłem się odnaleźć przez dwa lata. Nie mogłem odnaleźć Boga. Nic prawie mnie nie cieszyło. I przy tym obrywało się bliskim mi osobom. Nie mówię, że mnie samemu się nie obrywało. Bo sam sobie też wbijałem kołki w okolice krzyża. Nie mogłem Bogu wybaczyć tego, że mi to zrobił.

Cały przebieg możecie obejrzeć na moich blogach. Na drugim zwłaszcza. Pierwsze miesiące to nieustająca walka. A później? Nota raz w miesiącu... To był właśnie ten upadek. Niestety.

Dwa lata. Kilka zawiedzionych nadziei na to, że się ułoży. Zawiedzionych nie tylko z winy innych osób. Przede wszystkim z mojej własnej winy. Potem pół roku upokarzającego bagienka. Upokarzającego, bo już nie byłem dzieckiem przecież, a znowu się nim stałem. I tylko było mi w tym bardzo dobrze.

Bóg był cały czas. Nie w moich nieszczerych spowiedziach i nieczystych Eucharystiach. Był w osobie. W kimś. Bo dziwne się to może wydawać, ale odkąd byłem w Seminarium, potrafiłem odszukać w tłumie tych ludzi, z których wołał do mnie Bóg. I potrafiłem się w nich zakochać. Tak, podczas pobytu w Seminarium również. Podczas pamiętnych blogowych wakacji też. Zyskałem dziwny talent zakochiwania się w Bogu tkwiącym w drugim człowieku.

Tym razem się jednak nie zakochałem. Byłem w bagienku. I każdy odblask Boga wydawał się okropny. Brzydki. I straszny. Tak. Nikogo nigdy się tak nie bałem jak tej osoby, przez prawie całe pół roku. Nikt nigdy nie wydawał mi się tak strasznie brzydki i odstraszający. Bo co, ja nareszcie mogłem korzystać z życia! Umawiać się bezkarnie z dziewczynami, inne podrywać, z innymi flirtować. Mogłem sobie ulegać swoim chuciom i ciągotom. A ta jedna osoba, tak niezwykle wyraźna, nie nadawała się do bezkarnego umawiania się, podrywania i flirtowania. Do ulegania chuciom i ciągotom. Ona nadawała się tylko do tego, żeby ją pokochać. Żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Bo miała w sobie tyle Boga, ile jeszcze nigdy w nikim nie widziałem. Brzydka i odstraszająca, bo tak piękna i przyciągająca.

Bóg nie wytrzymał. A może to ja nie wytrzymałem. Wyszedłem, jednym silnym krokiem z bagienka i powiedziałem, że dość tego taplania się. Koniec. Boże, powiedziałem, wiem że jesteś, kolej na Ciebie.

A potem było Olśnienie. O Olśnieniu możecie przeczytać tu, o: O TU. Wtedy zrozumiałem, że w zasadzie nie jest tak, że potrzebuję kogokolwiek. Że potrzebuję do szczęścia murów Seminarium lub obecności człowieka. To znaczy, świetnie, jeśli jest coś lub ktoś w tym stylu. Ale jeśli nie ma to naprawdę jest jeszcze Bóg. Bóg i Ty sam, który rządzisz własnym życiem. I może to być najpiękniejsze życie jakie Ci się trafiło, bo zawsze, wszędzie, Bóg jest.

Dziś znów jestem taki, tak mi się przynajmniej wydaje, jak byłem na początku. Po nawróceniu. I w Seminarium. Choć popełniam błędy i grzeszę, bo któż tego nie robi? Dziś na każdym kroku widzę działalność Boga. I jeśli nie wyjdzie mi to, o czym marzę dzisiaj, może znów wstąpię do jakiegoś zakonu. A jak mnie stamtąd wywalą, to zrobię coś innego. Ale wierzę, że po tym wszystkim, już do końca będę ufał Bogu i Jego woli. Bo prawda jest taka, że Bóg cały czas czuwa. Obok nas. W nas. I tylko trzeba obudzić samego siebie z marazmu i uwierzyć. Uwierzyć, że wszystko, co nas spotyka, jest niesprzeczne z Jego wolą. Że jest powodem do szczęścia. Bo tak, Moi Drodzy, bo Bóg jest. Nawet kiedy wydaje się brzydki i straszny. Bo to nie On jest brzydki i straszny. To my nie chcemy widzieć w Nim tego, jak piękny i pociągający jest rzeczywiście.

A jest. I ja jestem tego świadkiem.

Artdico Gnorofex
www.artdico.mylog.pl
www.gnorofex.mylog.pl


Tytuł: Być Bożym Wariatem
Czas: wtorek, 7 listopada 2006; 21:15:05
Od Was: komentarze [6]

Bóg. Transcendens. Absolut. Początek. Miłość.

Wiele imion na określenie Tego, który nas stworzył. Tego, który dał nam życie. Który ukochał nas tak bardzo, że oddał za nas życie swoje. Że pokazał nam jak żyć, by doczekać szczęśliwej wieczności. Że zmartwychwstał, byśmy wierzyli, że i my zmartwychwstaniemy.

Nie każdy jednak wierzy w Niego w jednakowy sposób. Katolicy, Protestanci, Muzułmanie, Żydzi. Nie chcę dziś pisać o jedynej słusznej wierze. Pragnę raczej pokazać Wam, że jesteśmy powołani do tego, by ta wiara jednocześnie była naszym życiem. Całym życiem. Byśmy byli Bożymi wariatami.

Wariat to słowo o pejoratywnym znaczeniu. Nie zawsze jednak. Dla mnie ktoś, kto jest ostatecznie poświęcony czemuś, całym swym jestestwem oddany, jest właśnie wariatem. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ja sam, kiedy odkryłem jak bardzo Bóg mnie umiłował, jak bardzo jestem dla Niego ważny, a także to, że bez Niego i poza Nim nic i nigdy, nie wahałem się nawet chwili. Postanowiłem poświęcić Mu wszystko. Na zawsze. Ostatecznie zaufać. Tak. Bo jeśli ktoś kocha, powinno się mu ufać. A Bóg kocha mnie jak nikt nigdy mnie jeszcze nie kochał. Dlatego dla Niego oddałem życie, by spędzić z Nim wieczność. I każdy z nas powołany jest do tego samego. By zaufać, oddać wszystko. Pokochać tak bardzo, jak tylko potrafimy. I ani o drobinę mniej. Bo choć wobec miłości Boga będzie to tylko wdowi grosz, to przecież właśnie ten wdowi grosz oznaczał wszystko. Poświęcić się w życiu konsekrowanym, w małżeństwie, w domu, pracy, w szkole. Tak. Zaufać, pokochać, oddać się. Na zawsze. Na wariata.

Pewnie wielu z Was będzie się broniło przed tą prawdą. Pewnie jeszcze przez długi czas nie będziecie myśleć o poświęceniu jak o czymś niepotrzebnym. Oddalicie się. Bo macie dużo ważniejsze sprawy.

A pozostali zostaną Bożymi Wariatami...

Tak oto, wraz z Tikulą, otwieram klub "Boży Wariaci" w którym my, jak również parę innych osób będziemy pisać to, do czego Pan nas powołał. Będziemy pisać o Miłości, o Bogu, o Kościele. I o innych rzeczach wynikających z naszego pójścia na całość drogą Prawdy. Drogą Bożego wariactwa. Zapraszamy Was do komentowania i dyskusji, a może również do współtworzenia klubu? Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni.

Artdico Gnorofex
www.gnorofex.mylog.pl